2010-09-20

Vuelta, Vuelta i po Vuelcie… Podsumowanie.

          Dwadzieścia dwie drużyny, stu dziewięćdziesięciu ośmiu kolarzy, 3.400 przejechanych kilometrów podzielonych na 21 etapów (jednej drużynowej jeździe na czas, jedenastu płaskich – nie zawsze iście sprinterskich, ośmiu górskich i jednym – jak się później okazało decydującym; indywidualnej jeździe na czas).

                Brak bujnej, przedstawiającej życie zieleni. W około trasy tylko żółte piachy i pozasadzany w rzędach owocowe drzewka – winorośle i cytrusy. Miasteczka z zżółkłymi fasadami domów niczym ruiny, zasypane poprzez piaszczyste burze. Wąskie uliczki w centrach miast, którymi ciężko się poruszać pieszo, nie mówiąc już o jeździe rowerem, a tym bardziej samochodem. Wszystkie te widoki dla oka niezbyt okazałe i być może nie przyciągają wzroku, ale co było dalej? Otóż…

          Wszyscy fascynują się największym, najbardziej medialnym i rozdmuchanym wyścigiem świata – francuskim Tour de France, na który przyjeżdżają najwięksi kolarze naszego globu. Od kilku jednak lat to nie tam rozgrywają się najbardziej fascynujące walki, zmagania czy tragedie zawodowego peletonu. Tak… Vuelta a Espana. To tutaj dostaniemy to, czego prawdziwy kibic kolarski wymaga. Wspaniałe walki sprinterów i klasyków na płaskich i nieco bardziej pofałdowanych etapach. Tylko zajmować miejsce przed odbiornikiem i zacierać ręce, a to przecież dopiero zapowiedź początku emocji. Pomijając czasówki – indywidualne czy też drużynowe, przechodzimy do głównego dania, którym były etapy górskie. Wspaniałe walki pomiędzy atletami (co w kolarstwie, inaczej niż w innych dyscyplinach sportowych, nie oznacza muskularnych ciał wysmarowanych jakimiś olejkami i tym podobnymi substancjami), którzy na każdym wzniesieniu próbują oderwać się od swojego rywala. Nie raz zamroczeni ze zmęczenia motywują się tylko po to, by zapisać się do annałów historii kolarskiego światka.

          Więc… Czas moich podsumować 65 edycji Vuelta a Espana czas zacząć.

          Co zapamiętałem z tegorocznej pętli dokoła Hiszpanii? Najmilszym wspomnieniem jest chyba „nowa góra”, która pojawiła się na trasie po raz pierwszy w historii. O Bola del Mundo (bo o niej właśnie mowa) organizatorzy wyścigu starali się już od kilki lat. 21,6 kilometrów wspinaczki, średnie nachylenie 6,26%, maksymalnie 22%(!), meta na wysokości 2247 metrów nad poziomem morza (dla porównania najwyższy szczyt Polski – Rysy 2503 m n.p.m.). Zorganizowanie etapu uniemożliwiało niestety kilka aspektów. Najważniejszym był chyba stan nawierzchni na zboczu. Na szczęście organizatorzy nie poddali się i w końcu doprowadzili do tego, że mogliśmy śledzić tak fascynującą walkę pomiędzy Ezequielem Mosquerą a Vincenzo Nibalim. Setki, a kto wie czy nie tysiące kibiców, mgła, wąska droga i kolarze walczący z własnymi słabościami. W końcu poczułem, że kolarstwo nie jest statyczną jazdą pomiędzy liderami i nie polega tylko na „czarowaniu” pomiędzy sobą. Były ataki, próby nadrobienia czasu z myślą o tym, że można przejść do historii. W końcu zobaczyliśmy także klęskę mimo etapowego zwycięstwa. Dla takich chwil warto żyć i być kibicem kolarskim. Organizatorom za te kilkanaście minut emocji wielkie DZIĘKI!

          Następną sprawą, która zapadła mi w pamięci nie jest niestety za szczęśliwa. Otóż chodzi tutaj o Igora Antona, który po nieszczęśliwym upadku spowodowanym uślizgnięciem się koła na „zebrze” musiał się wycofać z wyścigu (złamał rękę w łokciu). Wszystko to miało miejsce na 14 etapie. Dodatkowo Hiszpan był wtedy liderem wyścigu i patrząc na przebieg dwóch pierwszych tygodni – najsilniejszym w całej stawce. No cóż… Pozostało mi życzyć Panu Igorowi jak najszybszego powrotu do zdrowia i powodzenia za rok w celu osiągnięcia tego, co w tym roku było na „wyciągnięcie ręki”. Trzymam kciuki.

          Teraz kolej na podsumowanie Saxo Banku – duńskiej drużyny Pro Tourowej, a raczej zachowania niektórych jej zawodników. Wszystko zaczęło się od informacji o luksemburskich braciach Schlekach – Fränku i Andym, którzy postanowili odejść z drużyny Bjarne Riisa w celu założenia swojej własnej. Młodszy z nich – Andy, po bardzo dobrze przejechanym Tourze (zajął drugie miejsce; stracił do Alberto Contadora 39”) zapowiadał od początku wyścigu, że za wszelką cenę chce pomoc bratu w walce o zwycięstwo. Od początku jechał on słabo – tracił po kilka minut na etapach, które z łatwością dojechałby z czołówką. Wszyscy eksperci sądzili, że ta taktyka ma na celu oszczędzanie sił na ostatni tydzień wyścigu. Historia jednak potoczyła się nieco inaczej. Wierząc zapewnieniom menedżera duńskiej ekipy – Bjarne Riisowi, miał on przyłapać Andiego Schlecka i Australijczyka – Stuarta O’Gradyego na powrocie o piątej nad ranem do hotelu w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Skończyło się to wszystko na tym, że Fränk został bez pomocnika tracąc do lidera z etapu na etap cenny czas, a dwaj imprezowicze zostali usunięci z wyścigu. Na tym jednak się nie skończyło. Kolejnym przykładem niesnadzek w Saxo Banku był Fabian Cancellara, który postanowił zaledwie po 20 kilometrach 19 etapu VaE zejść z roweru i wycofać się z wyścigu bez porozumienia się z szefostwem grupy (od razu udał się na lotnisko i wyjechał do domu; według informacji od menedżerów drużyny nie odbierał także telefonów, a informacje o swoich planach zamieścił na twitterze). Zaowocowało to tym, że mimo obowiązującego go kontraktu do końca 2011 roku Szwajcar odejdzie z grupy po zakończeniu obecnego sezonu.

          „Nie mógł, nie mógł, aż zamógł i wszystkich przemógł” – te słowa cisną mi się do głowy wspominając Brytyjczyka – Marka Cavendisha. Dlaczego? Kolarz z wyspy Man nie mógł odnieść etapowego zwycięstwa, ale… Co prawda przejechał pierwszy przez linię mety na pierwszym etapie – prologu otwierającym wyścig, jednak triumf ten nie był traktowany jako zwycięstwo indywidualne lecz drużynowe i Brytyjczyk musiał czekać aż 11 etapów, aby na 12. z kolei wyprzedzić Amerykanina Tylera Farrara. Efektem przełamania było zwiększenie pewności siebie i łatwe zwycięstwa na kolejnych etapach, a było ich aż 3! Mark pokazał nam także nowy styl celebrowania wygranej; finiszował on na jednym z etapów podskakując wraz z rowerem nad linią mety, pokazując przy tym swoją pewność siebie i przewagę nad rywalami.

          Ezequiel Mosquera – najefektowniej, ale niestety nie najefektywniej jadący przez cały wyścig góral. Starał się odskakiwać od grupki liderów na każdym nadarzającym się wzniesieniu. Przez jego zaangażowanie w trening i podporządkowanie wszystkim planom pod Vueltę życzyłem mu zwycięstwa z całego serca. Niestety… Zabrakło 43” i życiowa szansa na tryumf uciekła chyba na zawszę. Kolarz ten skończy 19 listopada 35 lat. Przynajmniej dla mnie zdaje się, że to był ostatni dzwonek, ale mam nadzieję, że go jeszcze zobaczymy…

          Och! Zapomniałbym o dzielnym francuzie (© Krzysztof Wyrzykowski). David Moncutie, bo o nim tu mowa, dzięki swojemu zaangażowaniu i dążeniu do celu wygrał klasyfikację górską – koszulkę w niebieskie grochy. Dokonał tego już po raz trzeci z rzędu! Może teraz czas na generalkę?

          Ostatni fragment poświęcę zwycięzcy 65 edycji wyścigu Vuelta a Espana. Dwudziestopięcioletni Włoch z Mesyny – Vincenzo Nibali ograł w sumie 198 rywali i wygrał swój pierwszy GT w życiu. Nie uczyniłby tego zapewne bez pomocy Romana Kreuzigera, który dyktował tępo na ostatecznych wzniesieniach męcząc rywali. Mimo, że Nibali jest już kolejnym defensywnym zwycięzcą Grand Touru (nie wygrał na Vuelcie 2010 żadnego etapu), myślę, że swoją postawą na etapach i mądrością taktyczną zasłużył na zwycięstwo.

          Mój felieton chcę zakończyć tymi oto słowami: „W obecnych czasach wielkiego wyścigu nie można wygrać w górach, ale można go przegrać”. Decydującym etapem okazała się indywidualna jazda na czas, w której co prawda zwycięzca generalny miał defekt, a mechanicy nie pomogli mu z uporaniem się z nim zbyt szybko, ale i tak zaliczka czasowa okazała się wystarczająca.

          Z tego miejsca chciałem pogratulować wszystkim kolarzom, którym udało się dojechać do mety w Madrycie, zwycięzcom poszczególnych etapów i klasyfikacji oraz zwycięzcy wyścigu.

          Ps. bonifikatom mówimy zdecydowanie TAK!

JR, 2010-09-20.

2010-09-03

Pudełko w kształcie serca

Autor: Hill Joe (właśc. Hillstrom King Joseph)
Tytuł oryginalny: Heart-Shaped Box
Język oryginalny: angielski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: horror
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2007
Rok pierwszego wydania polskiego: 2007

„WCZEŚNIEJ, CZY PÓŹNIEJ TWÓJ UPIÓR CIĘ DOPADNIE!”
Jude Coyne, gwiazdor ostrego rocka w mocno średnim wieku, prócz muzyki ceni sobie spokój, psy, kobiety i swoją kolekcję. Jako zbieracz wszystkiego, co makabryczne i niesamowite, nie może przepuścić okazji zakupu ofiarowanego na aukcji internetowej ducha. Kiedy jednak w jego domu pojawia się garnitur nieboszczyka w czarnym pudełku w kształcie serca, Jude odkrywa, że dostał znacznie więcej, niż się spodziewał. Duch bowiem jest prawdziwy – i ma swoje plany…

„Pudełko w kształcie serca” to debiutancka powieść Joe Hilla, dowodząca, że syn śmiało może stanąć w jednym rzędzie ze słynnym ojcem, horror prawdziwie nowoczesny. Wystarczy otworzyć, a nie będzie odwrotu…
Prawa do ekranizacji powieści zakupił Warner Bros., prawa do książki nabyli wydawcy z 17 krajów!

Joe Hill debiutował zbiorem opowiadań „20th Century Ghosts”, za który otrzymał nagrody British Fantasy, International Horror Guild oraz Bram Stoker. Publikuje opowiadania grozy w wielu periodykach brytyjskich i amerykańskich.

Strona internetowa autora:
www.joehillfiction.com

© Prószyński i S-ka.

2010-06-01

Miasta są dla ludzi, nie dla słoni.

Architektura musi uwzględniać biologiczne cechy człowieka, który chodzi z prędkością 5 km/godz. i ma perspektywę horyzontalną. Rozmowa z duńskim urbanistą Janem Gehlem.

Michał Wybieralski: Zatrudniały pana władze Nowego Jorku, San Francisco, Melbourne. Mówi pan, że jeździ po całym świecie i naprawia miasta. Co je zepsuło?

Jan Gehl: Przez ostatnie 60 lat miasta podupadały przez modernizm i motoryzację. Modernizm głosi, że ważniejsze są pojedyncze budynki, a nie całe miasta. Choć narodził się w latach 20. ubiegłego wieku, to dopiero po II wojnie stał się powszechny. Moderniści podczas projektowania nie widzą człowieka. Jeśli spojrzymy na skalę większości współczesnych miast, to są one stworzone dla słoni, a nie dla ludzi. Nazywam to syndromem Brasilii. Ona świetnie wygląda z lotu ptaka, ale z perspektywy człowieka jest przerażająca. Podobnie jest z np. z Szanghajem i Dubajem. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku w Europie Zachodniej i Ameryce zapanował boom motoryzacyjny, który dodatkowo zniszczył przestrzeń publiczną. Urbaniści myśleli wtedy o zmieszczeniu samochodów, a zapomnieli o potrzebach ludzi. W krajach rozwijających się i w Europie Wschodniej tysiące osób wciąż marzą o samochodzie z klimatyzacją, a władze zastanawiają się, jak je pomieścić. W Skandynawii zrozumieliśmy już, że w miastach trzeba postawić na transport publiczny, jazdę na rowerze i ruch pieszy.

Czym więc się pan zajmuje?

- Aranżowaniem przestrzeni tak, by w miastach znów ważni byli ludzie, a nie samochody i budynki. Bo to właśnie ludzie są główną atrakcją we wszystkich miastach. Dobre miejsca do życia poznajemy po tym, jak wiele osób chce spędzać tam czas. Moim zdaniem architektura musi uwzględniać biologiczne cechy człowieka, który chodzi z prędkością 5 km/godz., ma perspektywę horyzontalną, porusza się linearnie. Musi tworzyć mniejsze odległości, zawierać sporo detali. A ludzie powinni znajdować się na tym samym poziomie. Jeśli dzieli ich kilkanaście pięter, to nie zachodzą między nimi żadne relacje. Pozytywnym przykładem są historyczne miasta, np. Wenecja.

Pana rodzinna Kopenhaga też jest takim miastem?

- To jedno z najlepszych miast na świecie, choć wciąż nie jest idealne. Zmiany w Kopenhadze rozpoczęły się na początku lat 60., kiedy zaczęto wyrzucać pierwsze samochody z ulicy Stroget. Dziś to najdłuższy deptak w Europie. Poprawianie Kopenhagi trwa już prawie pół wieku. Przez te wszystkie lata każdego dnia budziłem się w lepszym mieście. Kopenhaga ma najniższą liczbę miejsc parkingowych w centrum wśród europejskich stolic. Opracowałem ze współpracownikami strategię dla władz Kopenhagi, dzięki której w 2015 roku ma stać się najbardziej przyjaznym ludziom miastem na świecie. Osiągniemy to przez tworzenie kolejnych publicznych placów, parków, deptaków, tras rowerowych i pieszych, przez sadzenie drzew. Chcemy, by ludzie byli jeszcze bardziej zadowoleni z życia w mieście i spędzali tam jeszcze więcej czasu.

Jaka była pańska rola w zmianach w Kopenhadze? Jak to się stało, że "kopenhagenizuje" pan - używając pańskiego określenia - miasta na całym świecie?

- Pracowałem na uniwersytecie i wydawałem książki. Władze miasta zwróciły się do mnie: "Potrafisz krytykować, więc pokaż nam, jak działać". Zostałem ich doradcą. Z czasem ta działalność się rozrosła, dziś w mojej firmie pracuje 40 architektów i urbanistów. Doradzamy miastom na całym świecie. Ich władze wiedzą, że jesteśmy z Kopenhagi, i wiedzą, co tam zrobiliśmy. Pytają, czy możemy u nich przeprowadzić takie same zmiany. Tak było w przypadku Nowego Jorku. Amerykanie przyjechali do nas na konsultacje. W drodze powrotnej na lotnisko zobaczyli setki rowerzystów. I powiedzieli: "Chcemy u nas takiego miasta jak to. Kiedy możemy zaczynać?". W zeszłym roku zamknęliśmy dla ruchu Broadway i 9 Aleję. Stworzyliśmy tam przyjazną przestrzeń publiczną i trasy rowerowe. Mój zespół tworzy zdrowe, żywotne, stabilne i bezpieczne miasta, w których każdy chciałby żyć. To, co proponujemy, to rozwój transportu publicznego, ścieżek rowerowych i tras pieszych. Wszystko to można osiągnąć niewielkimi kosztami.

Można więc "skopenhagenizować" każde miasto na świecie?

- Nie do końca. Pracowałem w Ammanie, gdzie ze względu na górzyste położenie i gorący klimat nawet nie chciano słyszeć o rowerach. Podczas doradzania San Francisco pomyślałem, żeby lepiej o rowerach nawet nie wspominać. Ale zaczepili mnie tamtejsi aktywiści rowerowi i spytali, co mam im do zaoferowania. Spytałem, jak radzą sobie z tymi wszystkimi wzniesieniami. - Omijamy je! - odparli. Jednak nie wszędzie można przeprowadzić takie same zmiany.

Czy w Kopenhadze poszerzanie chodników i tworzenie tras rowerowych nie wywoływało protestów kierowców? Przecież tracili swoje miejsca parkingowe, po mieście musiało się jeździć coraz gorzej.

- To długotrwały proces. Nie można z dnia na dzień zlikwidować wszystkich miejsc parkingowych w centrum. Miejski inżynier ruchu pomyślał, że jak będzie je likwidował po trochu, to nikt tego nie zauważy. I co roku znikało kilka procent miejsc parkingowych. W tym czasie zmieniał się sposób myślenia mieszkańców. Kiedy byłem młodym architektem, przed uczelnią miałem duży parking. Kilka lat później już go nie było. Od tego czasu nawet nie pomyślałem o pojechaniu samochodem do pracy. Bo rosła cena benzyny, nie było gdzie zaparkować, a jednocześnie powstawały drogi rowerowe i rozwijał się transport publiczny. Mogę wsiąść na rower, do autobusu czy metra - mamy wiele innych możliwości niż jazda samochodem.

Prowadził pan warsztaty we Wrocławiu i w Lublinie, rozmawiamy w Poznaniu przy okazji promocji pańskiej książki "Życie między budynkami". Czym różnią się polskie miasta od tych na zachodzie Europy?

- Na Zachodzie też są spore różnice między miastami - Bruksela jest okropnym miejscem, ale Zurych już całkiem niezłym. Myślę, że polskie miasta są podobne do Brukseli. Tam też jest dużo samochodów. Ludzie chcą nimi jeździć, także po to, by pokazać swój status społeczny. Takie same zjawisko mieliśmy w Skandynawii, ale potem zauważyliśmy, że umożliwianie dojazdu w każdy punkt miasta samochodem jest szkodliwe dla środowiska, klimatu, naszego zdrowia - i coraz mniej opłacalne. Zachodnie społeczeństwa są tak zorganizowane, by w ogóle się nie ruszać. Zamiast pracy fizycznej mamy umysłową przy biurkach, wszędzie jeździmy samochodem, a odpoczywamy na kanapie, oglądając telewizję. To głupie, by tak organizować społeczeństwo. W społeczeństwach, gdzie ruch jest naturalny, wszystko wygląda dużo lepiej. Ludzie, którzy jeżdżą rowerem przez godzinę dziennie, żyją ok. siedmiu lat dłużej, mniej chorują, a państwo mniej wydaje na ich opiekę medyczną. To jest udowodnione naukowo. Widać, że w Polsce jeszcze tego nie dostrzegacie.

Powinniśmy zacząć "kopenhagenizować" polskie miasta już teraz, czy poczekać, aż skończy się nasza fascynacja samochodami?

- Polska i kraje rozwijające się, jak Chiny, Indonezja i Indie, toną w korkach ulicznych. Ludzie, którzy nie mają samochodu, z każdym dniem są traktowani coraz gorzej. Liczba samochodów w mieście zawsze jest proporcjonalna do liczby ulic. Dróg i parkingów nigdy nie będzie dość, można je budować w nieskończoność. Chcecie mieć więcej korków i większe natężenie ruchu? Budujcie więcej dróg! Czas na mądre pomysły - tworzenie szerokich chodników i dróg rowerowych. Stanie w korku ulicznym zajmuje więcej czasu niż ruch pieszy czy rowerowy. To tanie i przyjazne dla otoczenia formy poruszania się. Powinniście już teraz zapoczątkować takie myślenie i zmiany. One mają też uzasadnienie ekonomiczne. Więcej ludzi przyciąga dobre miasto niż wielki parking. Kiedy w Melbourne stworzyliśmy przestrzeń publiczną dobrą dla ludzi, spadło bezrobocie, wzrosła atrakcyjność budynków w centrum. Bo gdy ludzie spędzają więcej czasu w mieście, więcej w nim wydają. A to napędza gospodarkę. Dobre traktowanie ludzi to dobra ekonomia. Nie jestem przeciwnikiem samochodów, po prostu wybieram ludzi.

Rozmawiamy w Poznaniu, gdzie od lat mówi się tu o zamknięciu uliczek w ścisłym centrum. Ale część mieszkańców jest temu przeciwna. Mówią, że nie będą mieli gdzie zaparkować, jak podjechać z zakupami.

- Powszechna Deklaracja Praw Człowieka nie mówi nic o tym, że władze miast muszą zapewnić swoim mieszkańcom miejsca parkingowe. W Kopenhadze mieliśmy bezpłatne miejsca parkingowe, potem wprowadziliśmy za nie opłaty. W życiu płaci się za wszystko, dlaczego nie za parking? W końcu część miejsc została zlikwidowana, by w ich miejsce mogły powstać drogi rowerowe, place i chodniki, bo to jest lepsze dla społeczeństwa. Ale takie zmiany trzeba zapowiadać. Opracowaliśmy dla Sydney długoterminową strategię zmiany miasta, w tym likwidacji autostrad miejskich. I co chwilę ktoś krzyczał: "Naprawdę chcecie zlikwidować autostrady? Jak my bez nich przetrwamy?!". - Spokojnie, to zajmie 20-30 lat, zdążysz się przygotować - odpowiadamy. W San Francisco podczas trzęsienia ziemi zawaliła się obwodnica. Wszyscy wieszczyli tragedię, ale po kilku miesiącach ludziom przestało to przeszkadzać. Rozebrali obwodnicę do końca i zbudowali w jej miejsce trasy tramwajowe i bulwary. I są szczęśliwsi.

Prezydent Poznania twierdzi, że w Polsce ze względu na pogodę rower może służyć do rekreacji, ale nie do transportu. Taki pogląd podziela wielu Polaków.

- Od 40 lat budujemy w Kopenhadze drogi rowerowe. Dziś to kompletna sieć transportu miejskiego. Każdy u nas jeździ na rowerze - książę, premier, ministrowie, klasa średnia, studenci. W ciągu ostatnich dziesięciu lat ruch rowerowy w Kopenhadze się podwoił. Dziś podróże rowerem stanowią 36 proc. ruchu w mieście, 33 proc. to transport publiczny, 27 proc. to samochody, a 4 proc. to ruch pieszy. Stało się tak, bo zbudowaliśmy mnóstwo nowych dróg rowerowych. A przecież nasz klimat nie różni się diametralnie od polskiego. W Nowym Jorku powstaje 10 tys. kilometrów dróg rowerowych, władze próbują wprowadzić kulturę rowerową. Podobny plan szykujemy dla stolicy Meksyku. Jeśli więc Amerykanie i Meksykanie mogą przesiąść się na rowery, to czemu nie Polacy?

Uważa pan, że tworzenie deptaków, szerokich chodników, parków, tras pieszych i rowerowych w miejsce wielopasmowych ulic i parkingów będzie trendem, który podchwycą miasta w całej Europie?

- To kwestia chęci i woli politycznej. Nie potrzeba tu specjalnej odwagi. Jest tyle miast na świecie, które wprowadziły takie zmiany i na tym skorzystały, że wystarczy tylko iść za ich przykładem. W Polsce potrzebujecie bardziej humanistycznego planowania miast, a nie skupiania się na potrzebach pojedynczych kierowców. Postawcie na transport zbiorowy, to prawdziwe rozwiązanie dla dużych miast. Problemów komunikacyjnych nie rozwiążecie udogodnieniami dla samochodów. Próbowano tego w Los Angeles i skończyło się to wielką porażką. Znajdą się oczywiście ludzie, którzy powiedzą: "Postawmy na ekologiczne samochody na prąd". Ale to żadne rozwiązanie, bo miasta ich po prostu nie pomieszczą.

Jan Gehl (ur. 1936), architekt i urbanista, profesor Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk Pięknych w Kopenhadze. Pracował dla kilkudziesięciu miast na wszystkich kontynentach. W Polsce ukazała się właśnie jego pierwsza książka "Życie między budynkami" (wydawnictwo RAM), przekład Marta A. Urbańska.

@ rafcik, 2010-05-16; Rowerowy Białystok